
Co ty wiesz o kuchni, Bogusławie Lindo, jeżeli nie jadłeś kurczaka w arbuzie z ogniska. Nic nie wiesz, Johnie Snow, o gotowaniu jeśli nie próbowałeś kuchni prymitywnej. Komu smażony w głębokim tłuszczu robaczek chrupiący aż miło albo ślimaczek z masłem czosnkowym do świeżej bagietki? Polska to nie tylko schaboszczak wielki jak kapelusz i kartofle z koperkiem u teściowej na obiedzie. O nie, drodzy państwo, mamy zdecydowanie więcej fantazji! Przetrznąsnęliśmy kulinarną mapę Polski, żeby znaleźć wszystko inne. Inaczej podane, inaczej przyrządzone przez ludzi, dla których mieszanie w garach to sposób na życie. Nie mamy tu miejsca na pokazanie wszystkich, ale kilka namiarów zapiszcie w notatniczkach, jeśli gastroturystyka to coś, do czego biją wam serca.

Najwyższa pora na deser. Cukiernikiem jest Sylwia, a domem - liczące sobie grubo ponad dwa wieki gospodarstwo w Dolinie Bobru. Rodzina Sylwii ma smykałkę do ogrodnictwa i można powiedzieć, że ona sama wyniosła tę pasję na jeszcze wyższy poziom: tworzy kwiaty, które lądują na tortach. Takie maślane dzieła sztuki. Maleńka manufaktura Sylwii - Torty z Mojesza - wypuszcza w świat torty ślubne. Płaczesz jak kroisz. Ale trzeba, bo środek powoduje porządny zastrzyk szczęścia. I choć Sylwia zaopatruje w torty ślubne pół Polski, to po Slowhopie krążą już legendy o ptysiach i ciastach z owocami, którymi Sylwia dopieszcza swoich Gości. Jej skrzydłowym jest Jan - mąż, Duńczyk i spec od śniadań i autor najlepszych duńskich bułeczek, jakie zniknęły w naszych gardzielach. Jan sprawia, że Dom Cukiernika pachnie świeżo wypiekanym chlebem i bułkami, a poranek można zacząć od zaskakiwania kubków smakowych. Śniadania są bowiem miksem dolnośląsko-duńskim: zjecie sery z Bystrzycy i wędliny z Siedlęcina, ale też duńskie śledzie na słodko, kawior i sos remoulade. Zdaniem Slowhopa: Dom Cukiernika jest w trakcie rozbudowy, więc niebawem będzie tam więcej pokoi. Na razie są dwa apartamenty, każdy dla 4 osób. Nam podoba się też wyraźna reprezentacja zwierząt w gospodarstwie: są barany, kozy, kurki, psy i koty. Podobno domagają się czułości.
„Jeśli szukacie spokoju, ciszy, ciekawego wnętrza, miłych przyjaznych ludzi... gorąco i serdecznie polecamy. To dla nas najważniejsze atuty do wypoczynku. Oczywiście jeśli jeszcze dodać do tego wspaniałe śniadania i obiadokolacje z nutą skandynawską... to to miejsce jest strzałem w dziesiątkę na błogi odpoczynek. Wisienką na całości tego wszystkiego są jeszcze desery.“<3”

Głodni? Do stołu podano rydze. W Starym Domu Zdrojowym mają na ich punkcie totalnego bzika. Zdumiało nas co można zrobić z grzyba. W repertuarze: żur na kiszonych rydzach, cepeliny z rydzami, rydze marynowane po łemkowsku, rydze kiszone, smażone, marynowane, gęsie pipki, kreple, pascha i smalec, też z rydzami. A to dopiero początek! W lokalnej restauracji skosztujecie najbardziej wyjątkowych potraw z rydza, odznaczonych tytułem Dziedzictwa Kulinarnego Małopolski. Prorodzinna agroturystyka współtworzona przez mamę, córkę i liczne przyległości, ugości Was prostotą i galicyjską serdecznością. Po wypełnieniu żołądka, można zapaść w głęboki sen w pokojach w białej willi ze stuletnią historią, a po drzemce na drugą nóżkę. Torty, torciki, półfrancuskie rogaliki, gluten wchodzi jak złoto, sorry Anna Lewandowska. I koniecznie zaplanujcie wizytę jesienią - kiedy to odbywa się absolutnie wyjątkowe Święto Rydza w Wysowej Zdroju, współorganizowane przez Stary Dom Zdrojowy. Można napchać brzuch rydzami tak, że zmienicie się w grzyba. W przerwie od wsuwania polecamy zajrzeć do pobliskiej pijalni wód. Tutejsze wody mineralne może nie pachną fiołkami, ale mają właściwości prozdrowotne (i zakładamy, że pomogą w trawieniu). Zdaniem Slowhopa: Stary Dom Zdrojowy należy do stowarzyszenia Towarzystwo Beskidu Niskiego, które, wraz ze zrzeszonymi agroturystykami organizuje Dzikie Stoły. To powinno wystarczyć za rekomendację. Grzybiarze - zapiszcie ten adres.
„Jedzenie - marzenie, przygotowywane z dbałością o podniebienie gości, a także o wrażenia wizualne. A własne wypieki - raj dla zmysłów :-). Pascha, Fedora, torcik kajmakowo - różnany... Delicje...<3”

Kielichy w dłoń i lecimy na Roztocze po leciutki rausz. Dlaczego tutaj? To polska stolica wina - nigdzie w naszym kraju nie ma tylu słonecznych dni, co tu. A w Dworze Sanna umieją ten atut wykorzystać w 110%. Winogrona w spokoju chłoną energię słoneczną, a potem z niemałą pomocą ludzkich rąk zamieniają się w wielokrotnie nagradzane butelki słodkiego, musującego Johannitera albo półwytrawnego Seyval Blanc. Co więcej, możecie się dowiedzieć jak to się dzieje, bo winnicę można (i trzeba) zwiedzać. Jeśli więc czujecie, że jeszcze nie jesteście ekspertami od (teorii) wina, a macie w sobie niepohamowane pragnienie wypowiedzenia zdania: “mmm, czuję nutę dojrzewających na południowym stoku winogron szczepu muscaris” to oprowadzanie jest opcją must-do. Hasła przewodnie winnicy, dworu i tutejszej restauracji to ekologia, miłość do zwierząt (jest ich tutaj cała setka) i poszanowanie przyrody. Wszystko, co tu zjecie jest naturalne, wyhodowane na własnym podwórku lub kupione od innych miłośników przyrody z okolicy. I tu polecamy szczególnie sery, bo naszym skromnym zdaniem niewiele jest na świecie tak wspaniałych duetów jak wino i ser. A o ten ostatni dba stado owiec, szczęśliwie pasących się na tutejszych wzgórzach pod okiem kumpla psa. Lepiej być nie może. Zdaniem Slowhopa: Kleopatra miała całkiem niezły pomysł z tymi kąpielami w mleku, ale w Dworze Sanna ogarnęli ten temat lepiej - proponują kąpiel winną. To nie jest jedyny zabieg czerpiący z supermocy winogron - pytajcie o opcje miejscowego spa i chłońcie winko całym sobą.
„Piękna okolica pełna zieleni, miła atmosfera, obsługa przyjemna i pomocna. Jedzenie w dworkowej restauracji naprawdę pyszne. Świetni właściciele, którzy są obecni, dbają o gości, służą pomocą i można z nimi porozmawiać. Cudowne zwierzęta i winnica, którą warto zwiedzić.“<3”

Wiecie, że na 1 cm sękacza potrzebne jest 1 jajko? To oznacza, że na prawdziwy sękacz, wypiekany technologią produkcji, identyczną jak w XIX wieku, przypada 40 jaj! Do Zagrody Kuwasy warto wpaść nie tylko na degustację tego smakołyka, ale także po to by uczestniczyć w niesamowitym procesie jego wypiekania. Specjalny dębowy wałek polewa się ciastem i kręci, kręci, kręci tuż przy ognisku. Na pogadanki macie dwie godziny, bo tyle mniej więcej trwa jego pieczenie, a w zasadzie wędzenie. Ci, którzy oczekują miękkiego smakołyka z posypką z Emulgatorów i innych E-substancji, od których potem dzieci świecą w ciemnościach, srogo się zawiodą. Prawdziwy sękacz jest zbity, a jedyną substancją spulchniającą ciasto jest białko z jajek. Kuwasowy Sękacz został doceniony w konkursie na smaki regionu, jako potrawa odzwierciedlająca stary, autentyczny przepis. Mało tego - dzięki starej technologii wytwarzania, czyli w zasadzie wędzenia na ognisku (a nie pieczenia) zachowuje świeżość nawet przez 6 miesięcy! Ale na sękaczu nie kończą się podlaskie przyjemności. Wpadajcie do Kuwasów, byle nie na diecie. Polecamy przyjechać furą i zapchać ją później słoikami z kuwasowego sklepiku. Zdaniem Slowhopa: Przed przyjazdem wypytajcie o warsztaty kulinarne dla dużych i małych- a nuż załapiecie się na pichcenie pod okiem specjalistów. Oprócz strawy polecamy także ciemne niebo nad Kuwasami- to tutaj, w pobliżu Biebrzańskiego Parku Narodowego znajdziecie najlepsze warunki do obserwacji rozgwieżdżonego nieba, w tej części Polski.
„Dawno tak nie wypoczęłam jak w Zagrodzie. Bardzo miła obsługa, właścicielka krążąca wokół gości, ale na pewno nienachalnie, wyczuwa jak ktoś chce sobie popatrzeć samotnie przez 2 godziny w kominek stojący w głównej jadalnio/bawialni. Ta sala to w ogóle fajne miejsce, na środku stół z przepysznym jedzeniem, wokół stoliki, jest i kominek i bar. Dzieci biegają, rodzice piją sok z buraka, albo brzozy albo wino:), czułam się tu bardzo swobodnie. Pokoje czyste i ładne, widok z okien boski nawet przedwiośniem. Wokół zagrody mnóstwo rzeczy do zrobienia, udało się tylko kilka, wiec na pewno wrócę chociażby po to żeby zobaczyć łosie.. tym razem nie wyszło, za dobrze się spało… “<3”

Kasia i Bartek to jak dla nas absolutni wymiatacze w kategorii kuchni eksperymentalnej. Sami mówią o sobie, że mają kompletnego slow hopla na punkcie gotowania. Widać to w najdrobniejszych szczegółach Latosowego menu. Nie ma tam przypadków. Gdyby spisać to, co robią sami zanim postawią na stołach lista byłaby dłuższa niż napisy końcowe “Titanica”. Gotują z własnych warzyw i owoców, robią sery z mleka od swoich kóz, podają miód z własnych uli, dżemy ze spiżarni, domowe wędliny, pikle, kiszone kalafiory, ogórki i kabaczki. Uwielbiamy to, że w Latosowie proces jedzenia można zacząć od pójścia na łąkę. Bartek podpowie Wam co nada się do sałatki, a z czego lepiej ugotować zupę. Może spróbujecie gniazd podagrycznika, potrawki z żółtlicy z jajkiem, sałatki z młodych pędów chmielu albo chłodnika z pomidorów na kozim kefirze. A co odważniejszym zalecamy próbę ognia: zupę z chrząszczy majowych. Podobno smakuje trochę jak grzybowa (jeszcze nie próbowaliśmy. Jeszcze). Zdaniem Slowhopa: W Latosowie można się wiele nauczyć, więc jeśli w temacie jadalnych chwastów jesteście zieloni – jedźcie, jedzcie i chłońcie wiedzę od Kasi i Bartka. Ich gospodarstwo to agroturystyka w pełnym wydaniu, niemal samowystarczalna (także w kwestii rozrywek) i zlokalizowana dokładnie pośrodku niczego.
„Latosowo to miejsce, które bez pasji gospodarzy nie byłoby tym czym jest. A jest agroturystyką, która wychodzi poza utarte schematy. Gospodarze nie tylko przygotowują nietuzinkowe jedzenie czy nalewki, ale w każdym calu dbają o Twój komfort, są kontaktowi i pomocni. Z pewnością także pracowici, bo tak wiele rzeczy robią sami... Na miejscu jest wszystko do wygodnego odpoczynku, a z kolei najbliższa okolica to łąki i lasy, a niedaleko jest także nad Bug. Sielskie wakacje gwarantowane. Polecamy!”

Owce i krowy są spoko, nie ma jak kozy. Małe kozy to spece od akrobatyki, a te dorosłe wlezą już dosłownie wszędzie i zeżrą dosłownie wszystko. Na Koziej Farmie można prowadzić bardzo zaawansowane obserwacje tych talentów, bo mieszka tam aż 140 osobników. Mają tu jak w kozim hotelu z pięcioma gwiazdkami: żyją w zgodzie z naturą, karmione są ekologiczną karmą wytwarzaną na farmie i mają pełną swobodę – mogą wychodzić z zagrody na łąki, kiedy tylko mają na to ochotę, niezależnie od pory roku. Efektem ubocznym takiego koziego szczęścia są pyszne i zdrowe sery. Na farmie organizowane są degustacje, a śniadania są tutaj ważnym rytuałem: powoli próbuje się koziej ricotty, wędzonych złotników i twarożku. Na miejscu są tylko dwa pokoje gościnne, więc na pewno będzie kameralnie, bez tłumów i pośpiechu. Slow food w pełnym wymiarze. . Przede wszystkim polecamy jednak terapeutyczne obserwacje kóz i samo przebywanie w ich towarzystwie.
„Wspaniałe miejsce. Prawdziwa agroturystyka z duszą. Można zaprzyjaźnić się z kózkami, spróbować robionych na miejscu wyrobów (sery, chleby) oraz zjeść owoce prosto z krzaka. Półtoraroczna córeczka była zachwycona zwierzątkami :) “ Zdaniem Slowhopa: Przy odrobinie szczęścia możecie załapać się na spacer z kozami, albo podejrzeć produkcję sera “od kuchni”

A teraz mięsko. Jeśli nie akceptujecie jedzenia mięsa, to przerzućcie wzrok do kolejnego miejsca. Kierunek Warmia, bo tam, w malutkiej wiosce Wielka Huta, Monika prowadzi agroturystykę, w której pierwsze skrzypce gra jedzenie, a konkretniej- mięso. Ale od początku. Najpierw była słoneczna Sardynia i zakład renowacji mebli, potem małe gospodarstwo na własne potrzeby. Dziś razem z nią mieszka pokaźne stado owiec kameruńskich, kóz i krówek rasy Simental oraz kaczki, kury, gęsi, psy i koty i wy też możecie. Monika w myśl zasady “wiem co jem” postanowiła wziąć karmienie we własne ręce. Jak sama nazwa wskazuje - wszystko co ląduje na talerzu w agroturystyce Z Pastwiska na Talerz ma jasne źródło pochodzenia. Żadnych małych literek, rozmazanego druku, żadnych ulepszaczy. Zwierzęta hasają wolno, mięso nie jest produkowane na półkę i nikomu nawet nie przyszło tu do głowy, by marnować jedzenie, albo tworzyć nadprodukcję. Monika stara się karmić i dzielić tym co sama wyhoduje, zbierze albo złowi. Na talerzach lądują wyłącznie niepryskane warzywa i mięso z własnej hodowli: wołowina po Burgundzku, combre jagnięce z grilla, pastwiskowy stek albo zupa gulaszowa. Goście stękają z zachwytu i wracają po więcej. Po tych kulinarnych doświadczeniach ciężko wam będzie przełknąć marketowe jedzenie - i tego wam życzymy. zostanie w naszych wspomnieniach na długo. Od samego początku czuliśmy się jak u siebie w domu. Wielki plus za biegające zwierzęta na podwórku, najlepszy comber z grila jaki jedliśmy w życiu, pyszne śniadania i obiady, co rano uśmiechnięte panie krzątające się po kuchni, bardzo dużo miejsca do odpoczynku, piękne meble zdobiące cały dom. Córeczka Hania obserwowała zwierzęta, głaskała koty i psy, zrywała stokrotki, zaglądała w zakamarki i brudziła się w każdej napotkanej kałuży. Poranki witały nas odgłosami zwierząt i pysznymi śniadaniami. Jesteśmy oczarowani tym miejscem i Panią Moniką ! Czuliśmy się u Was wyjątkowo.” Zdaniem Slowhopa: Agroturystyka posiada certyfikat Ekologicznego Gospodarstwa i tytuł Dziedzictwa Kulinarnego Warmia Mazury Powiśle. Wpadajcie z dzieciakami, będą zachwycone wolno hasający zwierzakami i ilością futra do wytarmoszenia. Ps. Miejcie na uwadze, że gospodarstwo to ciężka harówa, a Gospodyni nie zawsze może mieć czas, żeby zabrać Was na mizianie kóz albo jajozbiory. Bądźcie wyrozumiali, bądźcie gościem, nie klientem.