
Ile to trzeba mieć w sobie miłości do przeszłości, żeby wznosić z popiołów to, co już prawie zabrał czas. To jest zadanie dla pasjonatów, którym nie straszne brzozy w rynnach, woda w piwnicy i nieustający remont. I to w zasadzie o tym jest to zestawienie- o ludziach, którzy mają nadprzyrodzone zdolności do ratowania rozpadających się pałaców i chat z dziurą zamiast dachu. Jesteśmy ich zapałem i siłą niezwykle wzruszeni. I wdzięczni. Zapraszamy na 8 najlepszych Slowhopowych renowacji. Może się zainspirujecie. W Polsce czeka jeszcze kilka ruder z potencjałem.

Zaczynamy z grubej rury, bo za ten lifting Dzikie Róże dostały nagrodę w polsko-niemieckim konkursie Zabytek - nie zapomnij, na najlepszą renowację w duchu eko na Dolnym Śląsku. 15 minut - tyle potrzebowali na decyzję o zakupie starej chaty i stodoły z chylącym się dachem. Znajomi pukali się w głowę, a oni wzdychali nad widokiem i półhektarową działką. I właśnie - to jedna z najstarszych chat na Slowhopie. Gospodarze myśleli, że ma może z osiemdziesiąt, no najwyżej sto lat, tymczasem ona ma pięćset! Pierwsza wzmianka o jej istnieniu nosi datę 1540. Czyli sufity niskie, prawdziwe piece kaflowe, stare deski, skrzypiące podłogi i słabe wyciszenie. Musicie się z tym pogodzić albo od razu zejść jej z drogi. Zamiast równać z ziemią zabrali się za odnawianie i to takie najbliższe slowhopowemu sercu. Zamiast kupować - zbierali i naprawiali. Gromadzili stare materiały budowlane pozostałe po rozbiórkach, łazili po skansenach, kupowali wiekowe meble na targach staroci. Remont trwał 3 lata, a o przebojach z nim związanych możecie poczytać na ich blogu. Chylimy czoła, bo wyszło pięknie. Dziś mają dla gości stuletni działający prysznic, ludowe, zabytkowe meble (najstarsze pochodzą z XVII wieku) i pół hektara działki, na której Magda może realizować swoją ogrodniczą pasję. W ogrodzie rośnie kilkadziesiąt odmian róż, które uwielbia gospodyni i od których wzięły nazwę Dzikie Róże. Ale nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie wspomnieli o jedzeniu. Magda i Rafał potrafią w karmienie i możecie być pewni, że znają pochodzenie wszystkiego, co włożą wam do ust. Jest wegetariańsko i obłędnie pysznie, posiłki dowozi czadowa winda, która w poprzednim życiu była podnośnikiem do zboża, a jada się przy wspólnym stole w jadalni połączonej z salonem. Do tego permakulturowy ogródek i własna farma fotowoltaiczna, czyli można piać z zachwytu.

Tu był sklep. Serio. I tak miało nazywać się to miejsce, ale to mogli złapać tylko lokalsi. No więc był sklep, gospodarze znaleźli w upadłej chatce jego ślady. Potem domek kupiła rodzina Maćka i tak stał przez 20 lat w zapomnieniu. Potencjał był ogromny, ale brakowało zapalnika. Sąsiedzi z okolicy podobne chaty równali z ziemią i stawiali w ich miejscu identyczne, betonowe molochy. Nowi właściciele nie chcieli o tym nawet słyszeć. I w końcu on aktor, ona architekta i konserwatorka zabytków (czyli do remontu tak jakby duet doskonały) sprzedali mieszkanie w Krakowie, zakasali rękawy i wzięli się za naprawianie należącej do rodziny, 80-letniej chaty. Początki? Brak ważnej ściany nośnej, brak fundamentów, brak wody, kanalizacji, gazu i przeciekający dach. Polskie ekipy budowlane uciekały w popłochu. Na szczęście w okolicy udało się zorganizować speców z Ukrainy, którzy podobne ruiny ratowali na rodzimej ziemi. Mówili, że zrobią i zrobili. Remont trwał prawie dwa lata. Karpacka chata z lat 30 ubiegłego wieku, zachowała oryginalną bryłę i materiały. Najstarsza jej część- dawna bacówka, w której Maciek na polecenie Magdy własnoręcznie wymieniał fragmenty spróchniałych desek, dziś pełni funkcję rowerowni i narciarni. Wśród elementów wystroju stare narty znalezione na miejscu, rodzinne pamiątki, odrestaurowane meble, a nawet krzesełko ze starego wyciągu na Skrzyczne. Póki co goście mogą zamieszkać na parterze domku, bo piętro jeszcze czeka na lifting. I właśnie - polecamy wspaniały zapis wideo z przebiegu renowacji tj. "Poradnik budowlany” do zobaczenia na facebooku Gospodarzy.

Dawny dworzec kolejowy ze wspaniałym love story w tle, o którym wspominaliśmy ostatnio w tym zestawieniu. Ale tym razem nie będzie o miłości, choć w sumie z tym można by polemizować. Dworzec wybudowano w 1897 roku w Prakwicach w prezencie dla ostatniego cesarza Niemiec- Wilhelma II. Miał on służyć rzeczonemu za rezydencję, gdy wpadał w te strony na polowania. A co dokładnie robił i gdzie wpadał poczytacie na profilu - bardzo polecamy. Dworzec w staronorweskim stylu, ulubionym stylu architektonicznym cesarza, w wielu miejscach swoimi ozdobnymi elementami nawiązuje do kultury Wikingów. Po I Wojnie Światowej budynek przeniesiono trzy stacje dalej, do Budwit i tam rozbudowano. Od roku 1999, kiedy ze stacji wyjechał ostatni pociąg, dworzec popadał w zapomnienie. I tu wchodzi Magda i Rafał cali na biało. Gospodarze od lat zajmują się konserwacją zabytków, więc wiedzieli jak ten wspaniały budynek odratować, nie odbierając mu dawnego uroku. Prace konserwatorskie trwały w sumie 5 lat. Udało się zachować 90% oryginalnej elewacji, odkryto dekoracyjny strop schowany pod warstwą sufitu, a zabytkowe drzwi nadal pełnią swoją funkcję. W środku można poczuć XIX wiek, odrestaurowany, odświeżony, ale wciąż XIX. Są ozdobne rynny zakończone smoczymi głowami, zdobione klamki, a dawna poczekalnia kolejowa na powrót stała się cesarską sypialnią. Do dworca doprowadzono wodę i podkręcono hedonistycznymi nowinkami - podłoga jest ogrzewana, a w ogrodzie stoi sauna i ogrodowa balia. O tej wspaniałej renowacji pisali już nawet w gazetach i trąbili w TV. My bardzo kochamy. I polecamy.

I znowu Pałac, ale w nieco innym wydaniu. Kiedy Edyta i Ireneusz w 2005 roku trafili na Warmię w miejscu XIX wiecznego Pałacu zastali tylko stertę gruzu: puste oczodoły okien, dziurę zamiast dachu i wybrakowane ściany. Były majątk Wilhelma von Weitzla w Warlitach Małych powstał w drugiej połowie XIX wieku. Klasycystyczny pałac na planie litery H z imponującym parkiem założonym w 1894 roku wg projektu Johanna Larassa, w niczym jednak nie przypominał budynku z czasów swojej świetności. Zniszczony i zrabowany przez wojska radzieckie, niszczał przechodząc z rąk do rąk w ręce polskich osadników, którzy nigdy nie podjęli się jego renowacji. Metamorfoza trwała ponad 12 lat. Nie spodziewajcie się jednak podróży w czasie, bo Edyta zdecydowała się na miks tego co klasyczne i nowoczesne. Jest kino w piwnicy, nowoczesne wnętrza dopasowane do pałacowego stylu, uberywygodne materace, a koneserzy snu mogą wybrać sobie nawet poduszkę, na której spoczną po obfitej kolacji w ogrodzie. A właśnie: tu ważne jest jedzenie. Menu zmienia się co chwilę, więc można oczekiwać przyjemnej niespodzianki. Najpierw oczywiście szamanie oczyma, bo wszystko wygląda obłędnie pysznie. Potem koniecznie kąpiel w jeziorze i spa, czyli sauna i masaże nawet na pomoście. Ale uwaga, do takich warunków łatwo się przyzwyczaić. Żeby nie było, że nie uprzedzaliśmy.

Zaborek to w istocie nie jeden uratowany przed unicestwieniem budynek, a cały kompleks starej architektury drewnianej, które nad Podlaskim Przełomem Bugu zgromadzili rodzice Kasi - obecnej gospodyni Zaborka. Na 70ha zielonego pierwotnie stała tylko leśniczówka, stary spichlerz i wozownia. Dziś można spać w Wiatraku z 1923 roku, Bielonym Dworku pamiętającym jeszcze powstanie styczniowe, albo Starej Plebanii, a potem zajrzeć na szkolonko w zdesakralizowanym Kościele. A to nie koniec możliwości! W sumie na spanie zaadaptowano 6 budynków. I od razu mówimy - na miejscu jest mapka, która nie da się wam pogubić. Są też charakterystyczne dla tego rejonu przydrożne kapliczki i krzyże, oryginalne podlaskie specjały i prawdziwe nalewki, a na deser balia. No i wisienka na torcie - w Zaborku sypiał nawet basista Rolling Stones i wsuwał tutejsze racuchy. Jeśli to was nie przekona do zatrzymania się tu na dłużej, to my już nie wiemy...

Mamy tu taką historię, że sami nie wiemy od czego zacząć. Może od tego, że podczas II wojny światowej, na terenie tego pałacu ulokowano instytut badawczy Luftwaffe. Albo tego, że mieszkał tu porucznik Branse, który zasłynął stworzeniem nowego gatunku ziemniaka. Sporo te mury widziały, ale spokojnie, wszystko Wam opowiemy. Renesansowy pałac wzniesiony w 1451 roku przez Rampholda von Talkenberga ma w sobie potężne tomy historii. Na szczęście w 2007 trafił w ręce Małgorzaty, która przez pierwsze lata prowadziła w nim badania historyczne i archeologiczne, a dopiero potem zabrała się za remontowanie. Dziś o dawnych dziejach przypominają pamiątki po poprzednich lokatorach zgromadzone w sali muzealnej, ciężkie stalowe drzwi, imponujący kominek, malowidła samolotów na ścianach i tajemnicza winiarnia w piwnicy. Ale jest tego znacznie więcej. Małgosia to żywa encyklopedia historii tego miejsca, spytajcie, chętnie Wam opowie. Nie spodziewajcie się pałacowych wnętrz ociekających luksusem, bo tutaj w sposób niemal namacalny doświadcza się historii. Renowacja nadal trwa, a że jest to mrówcza robota pochłaniająca monstrualne kwoty, to pewnie prędko się nie skończy. Na fanów podróży w czasie czekają dwa odnowione apartamenty, sauna, letni basen i 3ha zieleni. „Miejsce z charakterem, wyjątkowe w skali kraju - pełne fascynujących zakamarków, pięknie położone, jest świadectwem wielkiej pasji i determinacji właścicielki przywracającej do życia ten piękny pałac. To nie jest miejsce dla spragnionych luksusów i wygód rodem z pięciogwiazdkowych hoteli - i całe szczęście! Między innymi dlatego to miejsce zostanie w pamięci na długo. Zdaniem Slowhopa: Wpadajcie z dzieciakami - będą zachwycone zabawą w książęta i księżniczki. Można zabrać pieska.